Actualnosci

Henryka Sokołowska: Teatr zaprasza do refleksji nad słowem

W ramach obchodów 60-lecia Polskiego Studia Teatralnego/Polskiego Teatru „Studio” w Wilnie kontynuujemy rozmowy z aktorami. Dziś o teatrze i jego znaczeniu dla języka polskiego na Wileńszczyźnie opowiada dr Henryka Sokołowska.

Jak rozpoczęła się Pani przygoda z teatrem?

Doskonale pamiętam te dni… Moja przygoda z teatrem rozpoczęła się w 1986 r., kiedy byłam na drugim roku studiów polonistycznych. Przyjaciel naszej rodziny, Wojciech Piotrowicz, zaproponował, bym wzięła udział w spotkaniu. Mówił, że może mnie to zainteresować, gdyż wiele miejsca poświęca się tam poezji. Tak właśnie się zaczęło. Teatrem kierował wówczas Zbigniew Maciejewski, pracowaliśmy nad spektaklem poświęconym twórczości Kazimiery Iłłakowiczówny. Było to marzenie pani Strużanowskiej, realizowane już po jej śmierci. Bardzo odpowiadał mi ten kierunek literacko-poetycki teatru, który dawał możliwość refleksji nad słowem. Cieszę się, że został on zachowany przez Lilę Kiejzik, która niedługo potem zaczęła kierować teatrem i robi to do dziś.

Czytaj więcej: Sabina Lachowicz: Zdarza się, że dzieci nie pozwalają mi wyjść z roli

Przez tak wiele lat brała Pani udział w wielu spektaklach. Która z ról jest dla Pani najważniejsza?

Chyba nigdy nie patrzyłam na to w ten sposób. Nigdy nie przychodziłam do teatru, żeby zagrać jakąś rolę, nie marzyłam o byciu gwiazdą i chyba nikt z nas nie myślał w tych kategoriach o tym, co robimy. Pracowaliśmy nad spektaklami, przydzielaliśmy sobie nawzajem role, ale kochało się całą sztukę, nie swoją rolę. Chyba najważniejszym spektaklem był dla mnie „Proces sądowy” na podstawie „Dziadów” Mickiewicza, który wystawiliśmy w 1988 r. Była to sztuka wieloobsadowa, byliśmy młodzi, pełni zapału i przejęci tym, co robimy. Oczywiście, praca nad rolą była bardzo istotna, ale dla mnie najważniejsza była współpraca w ramach spektaklu, wzajemne wspieranie się, dyskusje.

„Chochochochochopin” – na podstawie listów Chopina
do bliskich wg Alwidy A. Bajor
| Fot. Marian Paluszkiewicz

„Proces sądowy” wystawialiście w szczególnym okresie politycznym. Czy pracując nad spektaklem, mieliście świadomość, że zbliżają się czasy przełomu? Czy miało to wpływ na wasze odczytanie „Dziadów”?

Na pewno ten spektakl doskonale odpowiadał czasom, w których podjęliśmy się pracy nad nim. Wszyscy byliśmy bardzo zaangażowani społecznie, obserwowaliśmy, co dzieje się na świecie. Przeżywaliśmy Mickiewicza, walkę o niepodległość Polski, ale mieliśmy pewne przeczucie, że także w Związku Sowieckim nastąpią zmiany, choć nie było to wtedy oczywiste i chyba nikt z nas nie przewidywał, jak daleko one zajdą, że Litwa odzyska niepodległość.

W Polskim Teatrze „Studio” w Wilnie jest Pani teraz nie tylko aktorką, ale również konsultantką literacką. Na czym polega ta funkcja?

Może to określenie nieco na wyrost, ale powiedzmy, że chętnie się dzielę tym, co wiem, swoim zamiłowaniem do literatury. Jestem językoznawcą, a nie literaturoznawcą, ale bardzo chętnie biorę udział w przygotowaniach do spektakli czy też np. Czytania Narodowego.

Do zaangażowania w teatr zachęca Pani również swoich studentów jako wykładowczyni Centrum Języka Polskiego i Kultury Polskiej w Akademii Edukacji Uniwersytetu Witolda Wielkiego…

„Samotność – cóż po ludziach” według III części „Dziadów” w kawiarni „Sakwa”
| Fot. Marian Paluszkiewicz

Zachęcam studentów i młodzież do tego, by brali udział w różnych inicjatywach, by nie byli bierni, by wykorzystywali możliwości, jakie są przed nimi. Oczywiście, bardzo ważne są dla mnie wszystkie wydarzenia kulturalne, staram się im też ukazać piękno i sens teatru, który jest mi bardzo bliski. Nie zmuszam nikogo, ale zachęcam. Zresztą robiłam to już w czasie własnych studiów – niedługo po mnie przyszły do teatru moje dwie koleżanki. Doskonale wiem, że to nie jest pasja dla wszystkich, ludzie mogą się realizować w różnych dziedzinach. Uważam jednak, że młodzież czasem potrzebuje ukierunkowania na spawy związane z kulturą, by mogła ich doświadczyć i wtedy dopiero się do nich ustosunkować. Na pewno nie godzę się ze stwierdzeniem „nie lubię teatru”, gdy wypowiada je ktoś, kto ostatnio był w teatrze w szkole podstawowej i bazuje na takich doświadczeniach. Uważam, że młody człowiek powinien mieć szansę na poznanie teatru, jak również innych dziedzin kultury.

Czytaj więcej: Powrót aktorów Polskiego Teatru „Studio” na Pohulankę

Janina Strużanowska zakładała teatr również w celu podniesienia poziomu języka polskiego. Czy teatr pomaga w propagowaniu poprawnej polszczyzny na Wileńszczyźnie?

Na pewno teatr bardzo wiele robi w tym kierunku i trudno powiedzieć, jaka byłaby sytuacja, gdyby go nie było. Najwięcej uczą się oczywiście sami aktorzy. Przyzwyczajają się do poprawnego języka, a także, ucząc się tekstów, bardzo wzbogacają własne słownictwo. Te piękne słowa, które padają ze sceny, przydają się po prostu w życiu. Bardzo wiele wynoszą również widzowie, którzy przychodzą na nasze spektakle, głównie dlatego, że jest to polski teatr. Doskonale pamiętam czasy, gdy chodziło się na wszystko, co było po polsku. Teraz ta oferta jest o wiele większa, mamy większe możliwości, możemy wybierać wydarzenia, w których chcemy uczestniczyć. Ważne jest, by pamiętać o ich znaczeniu. Uczestnicząc w koncercie czy spektaklu, mamy szansę na inny kontakt z językiem, na docenienie jego piękna i wzbogacenie polszczyzny, którą mówimy na co dzień.